wtorek, 24 lipca 2012

Zmutowany pieróg... Makaroniasty psycholog i Inteligentny podróżnik w akcji...


May, cała w skowronkach i z szerokim uśmiechem na twarzy, przekręciła klucz w drzwiach swojego nowiutkiego lokum. Dokładnie, nic nie sprawiało jej większej radości (no, pomijając tak oczywiste rzeczy jak picie na umór, czy ćpanie i zaćpywanie innych), co jej praca. No bo kto by nie odczuwał satysfakcji i spełnienia życiowego po nocy spędzonej na kręceniu gołą dupą przed bandą obślinionych, zarośniętych alkoholików? Zapewne wszyscy. Oprócz May, której uśmiech właśnie spełzł z twarzy, kiedy przypomniało jej się, że jej nowiutkie lokum, jest nie do końca jej (i nie do końca nowiutkie, ale to można pominąć)... Na kanapie leżała jej najukochańsza Lise i patrzyła z nieobecną miną w sufit, (albo może patrzyła gdzieś dalej, przeszywając na wskroś całą doczesność, ale raczej po prostu gapiła się w sufit...), a jeszcze bardziej ukochana Franka, ganiała po całym pokoju w pogoni za motylkiem.
Wyżej wymieniony wyszczerz znikł z jej twarzy niczym martwy komar z monitora. Trzasnęła z całej siły drzwiami. Przez chwilę zdawało jej się, że usłyszała jęk zarzynanej świni, ale się nie przejęła.
Właśnie miała zdecydować, czy woli najpierw opierniczyć Frankę za zbity wazon (pogoń za motylkiem w pokoiku wielkości komórki na miotły, czyli takim jak ten, to dość karkołomne (albo raczej wazonołomne zajęcie), czy zepchnąć pozbawione energii życiowej zwłoki Lisy z wąskiej kanapy i posadzić na niej swój własny, zmęczony już bardzo, tyłek, kiedy nagle ciszę  przerwało donośne pukanie do drzwi wejściowych...
Odwróciła się do tych straszliwych wrót piekielnych z miną wściekłego yorka i z gracją... zamachnęła się swoim kopytkiem, by potraktować klonową deskę z glana. Gdy drzwi wypadły z zawiasów, stanął przed nią Zboczony Kudłacz, który wymierzył palec wskazujący prosto w jej nos.
- Uderzyłaś mnie! - zawołał z wyrzutem.
Jego koledzy przytaknęli i bez zaproszenia weszli na chatę.
Franka zamarła w bez ruchu. Wytrzeszczyła oczy na pięć głów w przejściu.
- Ojacieżpierdziele, Lisa...- Szturchnęła koleżankę, która znajdowała się aktualnie w stanie śpiąco-leżącym. - Ja ma wudeże... żewude... Deżawu mam właśnie. Albo schizy... Muszę się napić.- Nieogarniającym krzywych desek i wystających gwoździ z podłogi krokiem podeszła do barku (stara szafka bez drzwiczek w stanie obiadu dla termitów domowych). Przez głowę przebiegały jej stłumione odgłosy stada bawołów cisnących się na chatę, a jedyne co chciała zrobić w tym momencie to wielkie chlanie. Tak też się stało...
- O jaaa! Naprawdę cię uderzyłam?! Niezwykle szybka reakcja, zważając na to, że to było miesiąc temu! Idź być dziwnym gdzie indziej! - powiedziała i już chciała go wypchnąć za próg, ale był od niej wyższy o dwie głowy i szerszy jakieś trzy razy. Zaśmiał się tylko i zaniósł ją do kuchni.
- Jeśli chciałaś mnie obrazić, to muszę cię zmartwić, bo nic nie zrozumiałem. - oznajmił lekko podpitym głosem i położył się na stole - Przykro mi, jestem pierogiem...
- Njie ma tutaj wódki....- Burknęła pod nosem.- Majka, weź ino sprawdź czy tam pod blatem nie ma czystej! Albo ty zapchlony  włochaty obiedzie!- zakomenderowała i... Nagle przed jej oczyma ukazała się przeszkoda. Przypominała z pewnej teorii klatkę piersiową, ale wolała się upewnić podnosząc łeb. Ujrzała wielką blond czuprynę, rozjebaną jak rozgotowany makaron. Tęczowymi oczętami patrzyła na lazurowego kolegę, który... Miał alkohol! Wodziła za jego ręką wzrokiem, po czym udało jej się dorwać butelkę i uciec w najciemniejszy zakamarek pomieszczenia.
May gapiła się na Slasha leżącego na stole, ale na chwilę jej wzrok podążył za Frances, która ze złowieszczym śmiechem wparowała pod stół i otworzywszy czystą wypiła pół butelki jednym haustem, zanim okradziony, dwumetrowy drąg zdążył się połapać, że nie trzyma już niczego w ręce.
- Ty kurwa! Wy wszyscy jesteście jebnięci. I skąd masz mój adres, pierożku drogi? - jej głos przypominał konsystencją zatruty lep na muchy. Powoli zbliżała się do nieświadomego chłopaka z wałkiem do ciasta schowanym za plecami...
- Ej ty!- Żyraf wyłapał kradzieja pod stołem i do niego podpełzł sprawiając, że na twarz dziewczyny wstąpiło przerażenie, serce zaczęło walić jak młot pneumatyczny, a oddech przyśpieszył się trzy razy. Minimum trzy. Poczuła zagrożenie utraty życiopędnego napoju. Warknęła niebezpiecznie, gdy ten wystawił do niej rękę. - Spokojnie zwierzaku... Nic ci nie zrobię... - Zdezorientowany niecodziennym zjawiskiem nieprzychylnie nastawionej DO NIEGO dziewczyny, spróbował podejść do tego psychologicznie.- Dasz się napić mojej wódki? Proszę?
- Nie zbliżaj się, bo ci upierdoli rękę. - mruknęła May nie przejmując się zbytnio tym, że dwumetrowy gość pełznie właśnie między jej stopami i usiłuje ujarzmić Frankę. - A najlepiej to wszyscy wyjdźcie i zabierzcie ze sobą pierożka!
Wtedy w domu wielkości pudełka zapałek zapanowała absolutna cisza zmącona tylko bzyczeniem muchy, którą szybkim ruchem ręki unieszkodliwił rudowłosy chłopak wpatrujący się w dziewczynę oczami wielkości piłeczki pingpongowej. Wszyscy się tak gapili. Bo ona chciała ich wygonić. A oni chcieli się najebać. Co teraz?!
-Gość w dom, Bóg w dom! - Lisa machnęła zachęcająco ręką w kierunku salonu, stając w progu kuchennym i nie zważając na nieme (i nie tylko) protesty koleżanek. - Tylko cicho, żeby sąsiadów nie obud.... - nagle urwała, kiedy spostrzegła gdzie leży czarnowłosy kudłacz
-  GDZIE NA MOIM OBRAZIE LEŻYSZ KUDŁATA CHOLERO?! TO JEST SZTUKA!!!- i zaczęła za kudły ściągać chłopaka ze stołu. Kiedy już leżał na ziemi, zbulwersowana Lisa pokazała palcem na blat. - To jest moje najnowsze dzieło, a ty chciałeś to zniszczyć! (tak naprawdę była to plama z keczupu, która się kiedyśtam zrobiła i ślady zielonej farby, które już tam były,  kiedy dziewczyny się wprowadziły, ale i tak było to coś pięknego i bardzo głupiego dla każdego w tym pokoju oprócz Lisy, która machając rękami, zasysając się powietrzem z oburzenia, biegała po kuchni, aż potknęła się o jakiegoś pełzającego, dwumetrowego blondyna i z opętańczym wrzaskiem upadła na zimną podłogę.
 - Idź sobie.- Tymczasem Frances drżącym głosem usiłowała przepłoszyć  Mr. Makarona.- Jesteś wielki i się boję bo mi ją ukradniesz... ZŁODZIEJ.! POMOCYYYYYY.!- Zaczęła wykrzykiwać wniebogłosy.
- Pragnę zauważyć, że to ty mu ją ukradłaś.- Blady Ćpun (który swoją drogą okazał się niezłą alternatywą dla Franki na wypadek braku May) powiedział bezbarwnie.
- Zamknij się Izzy! Jeszcze ją speszysz i mi nawet łyka nie da.- Blondyn gwałtownie podniósł się na łokciach  i zmierzył kolegę wzrokiem mordercy w geście obronnym w stosunku do swego egoistycznego ego. Chciał się napić w danym momencie, a nie mógł! Toż to skandal! No cóż... Ale przynajmniej wiemy, że Blady Ćpun, to Izzy!
- Czy my mamy tylko tą jedna butelkę (prawie pusta zresztą) wódki na... raz, dwa, hmmm... Tak dużo osób? - Zapytał Rudy omiatając wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu czegoś co można by zepsuć albo ukraść. - Bo jak tak, to ja ją chcę. - Wyciągnął rękę w stronę stołu i oczekiwał na cud.
- Czy ktoś z was nie wie przypadkiem o której odlatuje pegaz do Kotliny Konga? - zapytał nieśmiało kolejny blondyn zaglądając do kuchni. Czy on miał na imię Steven? Chyba tak...
Wszyscy obecni spojrzeli na niego z politowaniem i tylko Lisa podniosła rękę jak przykładna uczennica w szkole.
- Dobrze, odpowiadaj, leżąca osobo. - Chłopak udzielił jej głosu tonem wyrozumiałego i doświadczonego życiem mentora.
- Najlepsze kasztany rosną na placu Pigalle? - zapytała z wahaniem i przymknęła oczy w oczekiwaniu na werdykt.
 - Wygrała pani wycieczkę na koniec świata i wiaderko popcornu, gratuluję! Będzie pani płacić gotówką, czy czekiem? -zapytał.
 - Jeden obity mózg na wynos, podać frytki do tego?
Wszyscy (no, prawie) obecni patrzyli to na jedno, to na drugie, aż w końcu plasknięcie dłoni o czoło Izzy'ego przerwało tę jakże ciekawa rozmowę...
- Z ust mi to wyjąłeś. - mruknęła w zamyśleniu May, patrząc zamglonym wzrokiem na swojego kolegę po fachu. Plasknięcie przerwało jej rozmyślania opatrzone zacnym tytułem "O kurwa!". Między jej nogami leżał Człowiek Makaron, a do jej uda przyczepił się przerażony Pierożek. Tak się przestraszył wściekłej Lisy, że aż wtulił się w dziewczynę, która jako pierwsza zastosowała wobec niego przemoc. Jeszcze w życiu tak się nie ubabrała jedzeniem, żeby mieć pierogi na nogawkach i makaron na butach! Ten świat schodzi na psy!
Nagle doznała olśnienia. Ze Slashem uczepionym jej nogi i blondynem ciągnącym się za kostką pokicała do malutkiego pomieszczenia przy kuchni. Na szczęście, wyjebała się dopiero na drzwiach owej skrytki, które otworzyły się skrzypiąc przeraźliwie i po chwili cała trójka wpadła do raju. Pomieszczenie dwa metry na półtora metra po sam sufit wypełnione było całkiem niezłymi winami.
- Poprzedni właściciel zostawił. - oznajmiła z dumą, otrzepując się z kurzu... i kolegów.
Dwa metry czystej głupoty wpełzły z powrotem pod stół, bo jeżeli w jego otoczeniu ma do wyboru "wino vs. wódka", zawalczy o wódkę.
- Ej to zrób mi tam miejsce obok, a ja się wbiję i będziesz pilnować żebym nie ukradł, a zrobił tylko delikatnego łyka, okej?- Dziewczyna omiotła go wrogim spojrzeniem. Niemniej jednak zrobiła miejsce po prawej stronie. Siadając, położył dumnie rękę na butelce i zaskoczony stwierdził "ona to sobie go chyba przykleiła do tej łapy super glu ".
- Nie kłamiesz wredny skurwielu?- Spojrzała na niego spod byka.
-Nie. Daj się napić.- zakwilił.  Ze łzami w oczach oddała mu flaszkę pilnując ilości ubywającej zawartości. Gdy ją oddał przemówiła z zacieszem na ryju.
- Oficjalnie zostałeś moim blond pegazem.
- Czy ja usłyszałam 'pegaz'? -straciła Lisa zaglądając pod ich stół, ale została brutalnie wypchnięta w związku z czym poszła się wypłakać w najbliższe ramię. A było to ramię niestety tego chudego z czarnymi włosami który nie miał w sobie wystarczająco dużo empatii, by pocieszyć biedną Lisę.
- Ale nie płacz w Izzy'ego! Ja cię przytulę! - oznajmił blondyn, z którym to wcześniej Lisa przeprowadziła dość inteligentną konwersację, po czym rozłożył ramiona i rzucił się na dwójkę siedzącą pod ścianą.
W tym momencie May zastanawiała się, czy podawanie alkoholu tej bandzie oszołomów jest mądrym posunięciem. Nie. Nie było, ale Pierożek miał to głęboko w dupie, wyjął korek z pierwszej lepszej butelki za pomocą zębów, po czym wlał w dziewczynę pięćdziesiąt procent zawartości owej butli, nawet nie pytając o zdanie.
- Który rocznik? - zapytał z ciekawością wypisaną na twarzy, jednocześnie podsuwając sobie szklaną szyjkę pod nos i wciągając zapach wina.
Stone zamlaskała kilkakrotnie i  w końcu przemówiła.- Jak dla mnie 1972.
- 1973. - poprawił po gruntownym "obwąchaniu" płynu, po czym opróżnił butelkę, którą w mgnieniu oka zabrał mu Duff, by stanąć przed jego zakłaczonym obliczem i oznajmić:
- Stary, kurwa! Jestem pegazem! - wrzasnął i rzucił się koledze na szyję.
- Mam Pegaza, May.- Podjarana Franka podeszła do przyjaciółki i razem przyglądały się scenie wzruszenia dwóch rozczulonych gigantów.- Duży ten pieróg. Nie wiem jak ty go masz zamiar zjeść, ale na moją pomoc nie licz bo owłosionych nie jadam.... Dasz wina.
Gdy za ścianą trwała chwila pojednania Pegaza z Pierogiem Izzy zastanawiał się, jak może się wyrwać z tego uścisku śmierci. Nie szło mu jednak zbyt dobrze, jako że miał pewne problemy z oddychaniem. Otoczony ciasno z jednej strony przez wspomnianą wcześniej ścianę, z drugiej przez wspomnianego wcześniej blondyna o owłosionych rękach, a z trzeciej przez zdezorientowana wariatkę, która po chwili zaczęła bezwiednie tarmosić rękaw jego koszuli. A była to jego najlepsza koszula...
-Axl, ratuj! - wycharczał zza blond kolegi i wtedy rozpętało się piekło...
Rudzielec spojrzał w stronę podduszanego gościa, przerywając na moment 'chlanie bez opamiętania' i wtedy całe życie przeleciało mu przed oczami. Jego najlepszy przyjaciel. Wyciągał go z kicia. I teraz jakiś zmutowany Mis Przytulaś wysysa z niego ostatnie tchnienie życia? Nie na jego zmianie, kurwa!
Zgrabnym ruchem zdjął blondyna z przerażonego kumpla i wrzucił go do komórki na wina, która z niewiadomych przyczyn zamknęła się od środka.
 May, Pieróg, Franka, Pegaz - Makaron i Przytulaś patrzeli po sobie, co jakiś czas zerkając na zatrzaśnięty po ich stronie skobel.
Po chwili Frances wybuchnęła szaleńczym śmiechem i otworzyła kolejną butelkę.
- No to nam się kurwa miejscówka trafiła. - zauważył Kudłacz.
- No... W chuj. - poparła go May.
- A... A wpuścimy ich? - zapytał Steven z nadzieją. Wtedy Duff z całą mocą uderzył go w twarz i złapał go za ramiona, mierząc surowym spojrzeniem.
- Nasze zapasy są zbyt małe, a za chwilę zabraknie nam tlenu! Chcesz przyśpieszyć naszą śmierć? - warknął - Pogódź się z tym, Adler! Umrzemy! - łypnął na niego jednym okiem, a po chwili rzucił się na biedną Frances i zaczął rzewnie płakać...

____________
No to zarzucam tym razem JA :] kolejnym kopytnym rozdziałem z serii "zróbmy schizową konferencję i piszmy głupoty jakbyśmy się naćpały proszku do prania.! FUCK YEAH.!"
Jeśli jesteś osobą, która nadal twierdzi, że TO TAM POWYŻEJ Ci się podoba, to ja na prawdę jestem skłonna załatwić lekarza na wynos... ;D
~Puszak


I dorzucimy do tego lekarza frytki z walcem przygotowanym specjalnie na apokalipsę plastików :D
Tak poza tym, Drogi Puszaczy Mózgu, pozwoliłam sobie dokonać kilku poprawek i mam nadzieję, że mnie z tej okazji nie zabijesz.
Cieszcie się z tego, że jesteście inteligentniejsi od nas ;)
Ave Pieróg, Przytulaś, Czerwone Frugo i omulny Zdzisław, który sam za mnie zdecydował, kiedy powinnam ową konferencję przerwać, aby mój chory mózg nie uległ całkowitej destrukcji, a po chwilowej przerwie zezwolił mi wrócić xDD
~ Diabołu vel Szatanu

niedziela, 15 lipca 2012

1. Welcome to L.A Airport, czyli najbardziej niezapamiętana wycieczka świata

- Słuchajcie! - zakomenderowała dziewczyna i spojrzała na przyjaciółki swoimi oczami w kolorze "nijakim". Naukowcy z NASA twierdzą, że są one zielone, aczkolwiek FBI bada tę sprawę jako wyjątkowo podejrzaną, gdyż w tęczówkach owej osoby można znaleźć również szarość i leciutkie refleksy brązu. Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy. Tak... Te tutaj są wyjątkowo dokładnym zwierciadłem. - Miałam załatwić te bilety do kina, nie? Ale w Pcimiu nie ma kina, nie? Za to mam to! - z natchnioną miną wyciągnęła przed nosy towarzyszek kolorowe kartoniki.
- A so ty tam tenteygujesz w tej swojej twojej łapce?- Delikatnie podchmielona po flaszce wódki, najmłodsza z trójki podeszła chwiejnym krokiem do Majki. Delikatnie wyciągnęła z jej dłoni tęczowy papierek i usiłowała przeczytać, ale jej nie szło. Za dużo skaczących literek. Się głupie naćpały i uciekały biednej Frani.
- Otóż, droga Franciszko, mój żulu najukochańszy, TO są nasze bilety do kina na najzajebistszy seans roku! Ten oto kartonik jest nasączony LSD. A teraz otwórz buźkę i niech poniesie cię melanż. - złapała Franię za brodę i zaśmiała się psychopatycznie. W tempie natychmiastowym odbiegła w nieznanym jej kierunku niekończących się pól, krzycząc ze szczęścia.
- A ty, dziecię wojny? Idziesz z nami na seansik? Ciocia Samo ZuO stawia. - poruszyła zachęcająco brwiami i wyciągnęła w jej stronę kolejny kartonik - Będzie fajnie, zobaczysz!.
Trzecia z dziewczyn nawet nie zauważyła co sie stało. Siedziała na podłodze opierając głowę o kanapę, z nosem zaginionym w grubej książce o wyjątkowo nieciekawym tytule i dopiero brutalnie wepchnięty do jej ust kartonik uświadomił jej, że wcale nie znajduje sie w Afryce, nad nieodkrytym wcześniej źródłem krystalicznie czystej wódy. Wręcz przeciwnie. Znajdowała się w mieszkaniu Franki, swojej przyjaciółki, a Majka, druga poza właścicielką tego lokum osoba, która była w stanie znosić jej dziwne zachowania, wtykają jej do ust coś kolorowego, patrzyła na nią z wyraźnym wyczekiwaniem.
Rozanielona Franka przybiegła z powrotem ze swojej podróży życia i zmachana klapnęła obok Elizy z kartonikiem w ryju, dzierżąc w ręce kolejną butelkę. Eliza przekrzywiła głowę i zdziwiona rozglądała się po pokoju, w którym królowały teraz kolory których wcześniej nawet nie znała, a kaskady migających, tęczowych potoków spływały z parapetu na dywan, gdzie tworzyły barwny wir przemieszczający się w stronę obu dziewczyn. Dopijająca piwo w mgnieniu oka Frania, slalomem podeszła do skrzynki z alkoholem i się załamała. Popadła w depresję, gdyż rzeczona skrzynia była pusta! Ale jak na chytrą osobę przystało, miała następną w zanadrzu. Wtargała ją do pokoju na miejsce starej i szczęśliwa wróciła pod kanapę.
Majka była na tyle uodporniona na działanie LSD (a tatuś jej powtarzał: Wysokiej klasy diler nie powinien ćpać!), że musiała zaserwować sobie dwie porcje, zanim pod wpływem natchnienia przemierzyła mieszkanie z zamiarem założenia swoich oficerek, dzięki którym wyglądała jak UFO na ulicach Pcimia Głównego, i udania się w podróż na koniec świata.
- Drogie panie, idę szukać szczęścia na końcu świata! Kto ze mną? - zapytała z dość optymistycznym wyrazem twarzy jak na handlującego prochami mola książkowego, który nienawidzi ludzi.
- A jak myślisz towarzyszko niedoli? O ile myślisz.- Podparła się jedną ręką na biodrze a drugą o stół, z którego momentalnie odpadła noga, a biedulka jebła na ziemię przeklinając wszystkich.
- Ja mogę iść - szepnęła Eliza wpatrując się z podziwem w Majkę która wyglądała teraz jak magiczna wróżka mogąca spełnić każde życzenie.
- Ja też!- Franciszka wstała z podłogi i zaczęła rozmasowywanie palców.- Kurwa... Głowa mnie boli.... i nie wiem czemu.- Skrzywiona mierzwiła włosy rękoma.
- To chodźmy... Tylko gdzie ja zaparkowałam jednorożca? Oto jest pytanie, które mnie nurtuje. - westchnęła głęboko „zaczarowana wróżka“ z dłonią na klamce od drzwi wyjściowych. W zadumie spojrzała na masującą sobie swoje tęczowe włosy Frankę.
- Po lewej...- Wyminęła ją w drzwiach- ...Mój pegaz zdechł i muszę wyruszyć na poszukiwania nowego.- Zaczęła rozpaczać na środku parkingu, którego w sumie nie było.
Skąd ona ma tęczową farbę? To było kolejne pytanie, które zaczęło nurtować czołowego dilera Pcimia.
- Ach, te jednorożce! Paliwo takie drogie, a te kucyki z chujem na czole się jeszcze same przeparkowują, rozpustniki jedne! Idźmy na piechotę. Gwiazdka mnie wkurwia. - zarządziła i pobiegła z szaleńczym wrzaskiem w stronę lotniska. Lotniska, którego nie było, rzecz jasna. Bo skąd w Pcimiu lotnisko? Więcej grzechów nie zdołała zapamiętać.
- Jednorożców nie powinno się ubezwłasnowolniać - Lizka zmarszczyła brwi i spojrzała na otwarte szeroko drzwi, za którymi zniknęły jej przyjaciółki - Musimy uwolnić jednorożca! - z tymi słowy zaczęła wdrapywać się na parapet.

Kilka wykurwiaszczych wizji później.

- Witamy w L.A Airport! - humanistyczny umysł Skalskiej przetworzył informację, którą usiłowała jej przekazać laska z przesłodzonym głosikiem i głupią czapką na głowie. Powitała ją na lotnisku. Tym lotnisku, którego nie ma w Pcimiu. Bo było w Los Angeles. Tak, to całkiem... Nie! To kurwa nie jest ani trochę logiczne, bo żeby dostać się na lotnisko w Los Angeles, najpierw musiały znaleźć jakieś w Pcimiu. Czyli jednak jest! Ale...
- Hey, ey, ey! Slow down, bitch! - wrzasnęła na stewardessę i tym samym obudziła nieogarniętą Lizkę i jeszcze bardziej nieogarniętą Frankę. - Że niby gdzie, kurwa, ty mnie witasz?!
- Peeegaz?- Rozmarzona Franka po przebudzeniu dostrzegła nutkę nadziei w stewardessie.
- Ale nie krzycz na tą panią, Majka! Jak ty się zachowujesz? - Eliza teatralnym gestem załamała ręce nad postawą przyjaciółki. Po chwili mruknęła pod nosem „Zdychaj, wytapetowana żmijo“ i dopiero potem ogarnęła, że znajduje się w kraju na zupełnie innym kontynencie. Majka ma przejebane...
- Czyli to nie Pegaz? Moje życie legło w gruzach!- Wybiegła z samolotu i jak zobaczyła obszerność tego pola bez nasion tylko z asfaltem, przeraziła się i stwierdziła, że od jutra nie pije.
- Nie krzycz, kurwa, nie krzycz! Pójdzie sobie człowiek do kina i gdzie się kurwa budzi? W jakimś Mieście kurwa Aniołów, ale nie, nie krzycz, bo kurwa oparcia obudzisz... - mamrotała pod nosem, poprawiając włosy i przeciskając się pomiędzy siedzeniami do wyjścia.
- Gdzież ja jestem? Gdzie.?! - Usiadła jak mała, zmarnowana dziewczynka na środku pasa startowego pomiędzy samolotami i spuściła głowę tak, że brązowe włosy zasłoniły całą jej twarz. Zaczęła przecierać oczy pełne łez i czekała na ratunek.
- Ale czy ktoś mi powie do cholery dlaczego jesteśmy w Ameryce? - zapytała retorycznie Krawiec wychodząc z samolotu i na schodkach potykając się o własne nogi, które jeszcze bardziej niż zwykle żyły własnym życiem. - Bo mnie coś chyba ominęło...
- Hmm... To było tak... - rozpoczęła swoją opowieść Majka, która to za jakieś kilka minut będzie miała bardziej przejebane, niż zwykle - Wzięłam jakieś podejrzanie mocne LSD, nafaszerowałam najpierw was, żeby sprawdzić, czy umrzecie, a jak przeżyłyście, to wzięłam podwójną dawkę. I poszłyśmy na koniec świata, a ty wyszłaś przez okno. Skąd ja miałam wiedzieć, że w Pcimiu jest lotnisko?! - załkała na końcu i usiadła obok załamanej Franki na gorącym asfalcie pokrywającym najbliższe kilkadziesiąt kilometrów.
- A niech mnie podwozie pierdolnie! Idę pić!- Franka wstała z ziemi i kierowała się do wyjścia.
- No to ruszać dupy i idziemy! Nie będziemy tu chyba siedzieć na lotnisku? I błagam, Franka nie pij już, bo wiesz ,że to niezdrowe! Ej, czekaj! Ja tu nie chce sama zostać!
- Ale ja chcę się napić!- Tupnęła nogą jak mała dziewczynka i zaczęła uciekać w stronę autostrady.
- No juz dobra, dobra... Możemy iść się napić, ale nie biegaj po ulicy, bo cię auto potrąci ... No jak z dziećmi ... Chodź Majka! Idziemy - Eliza pociągnęła koleżankę za rękę i ze swoją dwójką, która mentalnością przypominała dzieci, ruszyła w kierunku najbliższej knajpy (przynajmniej tak jej się wydawało). A że orientację w terenie miała gorszą nawet od imienia, to już po chwili przysiadła zrezygnowana na jakimś murku. - Trzeba było taksówkę wziąć...
- Jak ja ich kurwa nienawidzę. - mruknęła Majka... A nie chwila! Jesteśmy w "Kalafiornii" przecież!... Mruknęła May i niechętnie podreptała za dwójką szajbniętych towarzyszek w nadziei, że uda im się złapać taksówkę jadącą do Domu Spokojnych Przygłupów.
- Oj no nie leńcie się! Ja chcę się na - je - bać! Tak trudno zrozumieć?!- Zrezygnowana kontynuowała swój bieg rozpaczy w kierunku wyłaniających się z oddali budynków.
Lisa wzniosła oczy do nieba i już miała ruszyć za Frances kiedy na horyzoncie ukazała się mknąca niczym wiatr taksówka. Choć dziewczyna machała ręką, ta nawet nie zwolniła. Ostatnia szanse wykorzystała Lisa z dzikim krzykiem wskakując wprost przed rozpędzony pojazd, który z piskiem opon wyminął ją.Na szczęście,  będącej dalej May udało się zatrzymać pojazd.
- A ja mam ochotę kogoś za - je - bać. Kto się zgłasza na ochotnika? - syknęła, łapiąc Frankę za kaptur dokładnie w tej chwili, kiedy prawie rozjechała ją żółta taksówka. Uśmiechnęła się złowieszczo i nie zważając na to, że wóz jest już po części zapełniony, otworzyła drzwi i wrzuciła przyjaciółkę na tylne siedzenie. - Rozepchnij się łokciami, skarbie.
- Okeeej.- Z wyszczerzem zaczęła rozpierać skrzydła.- Wypad babcia, to nasza taksówka.- wyrzuciła starszą kobietę z auta, przy okazji kradnąc jej portfel (na wódkę rzecz jasna).
- No wiesz! Jej się mogło stać coś poważnego! Ja przepraszam za koleżankę... - Lisa nie zdołała się niestety wytłumaczyć, bo Fran zatkała jej usta ręką.
 Niestety taksówkarz nie okazał się entuzjastą okradania starszych pań, więc po prostu wyrzucił te trzy bezczelne dziewuchy przy najbliższej okazji, czyli pod jakąś speluną pełną miejscowych żuli.
- Super! Czy wy też czujecie się jak w domu?! - zawołała May, ruszając przed siebie. O tak, dzisiaj miała dobry dzień. Ale jutro będzie o wiele gorzej, uwierzcie. Chociaż... Nie, nie!
 "Gorzej" nadeszło właśnie teraz.
 W godzinie, gdy jakaś bezczelna miotła klepnęła ją w tyłek.
 W ostatniej godzinie tejże miotły.
- Ojaaa!- Podjarana Frances kręciła się po chodniku, czując się jak w niebie. Normalnie siódmy raj.
Podczas gdy Franka udała się na wycieczkę krajoznawczą, Lisa patrzyła to na rozentuzjazmowaną koleżankę, to na uśmiechniętą facjatę tuż przed nią i w końcu na wściekłą Skalską, która mieszała z błotem gościa o burzy ciemnych loków na głowie. Rey stanęła obok wściekłej May i całkiem poważnie spytała wyraźnie podpitym głosem, co wychwycili stojący obok chłopcy. - Nie mówiłaś, że przyjaźnisz się z...- w tym momencie dwoma palcami chwyciła za włosy Kudłatego z niemałym obrzydzeniem.- ...Mopem.
- Przyjaźnisz?! Nie pij już więcej. - burknęła i na odchodne trzepnęła gościa w pysk, co zaowocowało głośnym plaskiem słyszanym na całą dzielnicę.
- A ja jestem Steven! - rzucił wesoły blondyn bardziej do przerażonej całym zamieszaniem Lisy, niż do pozostałych dziewczyn.
- Biedna szczotka do kibla.... Po buźce dostała?- Spojrzała z pijanym politowaniem na Lokatego i pomknęła za przyjaciółkami wgłąb klubu.
***
No! Oto i takie tam sobie CuŚ, które powstało w sumie niechcący, gdyż Puszak zorganizował "ważną konferencję", która dotyczyła "niewiadomoczego", bo Puszak zdolnym człowiekiem jest i zebrał nas, by oświadczyć nam, że w sumie nie wiem, po co nas zebrał.
Mam nadzieję, że się nie podobało, bo jeśli było inaczej, to koniecznie musicie się przebadać i nie ma zmiłuj!
To tyle od Littledewilli :)
Jeśli Lizelotta, albo inna Perfumella będą chciały coś dodać, to NA BANK to zrobią.
Ave Agrest!

Ty tam wyżej.! Nie obrażaj mnie.1 Ja miałam ściśle określony plan nie wiadomo czego -,-"
A no bo ten tego... No bo to jest taaak, że jakby kto miał wątpliwości co do naszego zdrowia psychicznego to.... To tylko wątpliwości.! My całkiem zdrowe (chyba) No, ale  " co zuego to nie ja.! nie bić mnie". Puszak dodać musiał, bo inaczej Puszak by był smuuutnym Puszakiem ];< Gud baj... sratataj lewe gwoździe.!
...
Lise.?


*
Oto i ja. "Ja" o imieniu, którego w tych kręgach się nie używa, ale możecie to "Ja" nazywać Lise, zezwalam. Znajcie łaskę. ;D No więc oto my w nowym, trzymającym w napięciu jak pusty kubek po jogurcie, genialnym jak tresowany szczur i zabawnym jak masło orzechowe opowiadaniu. -.- Bez obrazy dla koleżanek powyżej ;D (Taaa jasne, i tak wiedzą, że właśnie CHCIAŁAM je obrazić :P) Okej, mam dzisiaj zły dzień, więc może powinnam pisać ten tekst jutro, ale ponieważ piszę go dziś, wyszło jak wyszło. Uwaga, bo chyba zaczynam niebezpiecznie przedłużać, cholera jasna! Ograniczać się muszę jakoś. Ale nie dziś. Chuj. Albo dobra, zmieniłam zdanie. Już kończę (jeszcze tylko parę zdań xD). Jeśli ktoś to czyta i mu się podoba, to gratuluję i popieram pomysł na przeprowadzenie szczegółowych badań, szczególnie USG czaszki, w celu potwierdzenia obecności mózgu. Bo to wątpliwe... Dobra więcej nie piszę, bo zaraz kogoś poobrażam i będzie. Mi tam się średnio podoba, wydaje mi się, że musimy jakoś lepiej to zorganizować, bo miejscami sama nie ogarniam akcji (Nie żeby to było dziwne, że JA NIE OGARNIAM, to CAŁKIEM NORMALNE... -.-) Cholera! Koniec. Jestem miła -.-
Komentujcie.
Lise-Lotte

sobota, 14 lipca 2012

Bu!

Hejo!
Wiem, ze tytuł jest urzekający i w ogóle zajebisty. Obiecuję, że będzie jeszcze lepiej, gdy pojawi się treść, a tymczasem wrzucam bezsensowne kilka zdań, żeby wypróbować czcionki ^^
Też Was kocham ;*