niedziela, 15 lipca 2012

1. Welcome to L.A Airport, czyli najbardziej niezapamiętana wycieczka świata

- Słuchajcie! - zakomenderowała dziewczyna i spojrzała na przyjaciółki swoimi oczami w kolorze "nijakim". Naukowcy z NASA twierdzą, że są one zielone, aczkolwiek FBI bada tę sprawę jako wyjątkowo podejrzaną, gdyż w tęczówkach owej osoby można znaleźć również szarość i leciutkie refleksy brązu. Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy. Tak... Te tutaj są wyjątkowo dokładnym zwierciadłem. - Miałam załatwić te bilety do kina, nie? Ale w Pcimiu nie ma kina, nie? Za to mam to! - z natchnioną miną wyciągnęła przed nosy towarzyszek kolorowe kartoniki.
- A so ty tam tenteygujesz w tej swojej twojej łapce?- Delikatnie podchmielona po flaszce wódki, najmłodsza z trójki podeszła chwiejnym krokiem do Majki. Delikatnie wyciągnęła z jej dłoni tęczowy papierek i usiłowała przeczytać, ale jej nie szło. Za dużo skaczących literek. Się głupie naćpały i uciekały biednej Frani.
- Otóż, droga Franciszko, mój żulu najukochańszy, TO są nasze bilety do kina na najzajebistszy seans roku! Ten oto kartonik jest nasączony LSD. A teraz otwórz buźkę i niech poniesie cię melanż. - złapała Franię za brodę i zaśmiała się psychopatycznie. W tempie natychmiastowym odbiegła w nieznanym jej kierunku niekończących się pól, krzycząc ze szczęścia.
- A ty, dziecię wojny? Idziesz z nami na seansik? Ciocia Samo ZuO stawia. - poruszyła zachęcająco brwiami i wyciągnęła w jej stronę kolejny kartonik - Będzie fajnie, zobaczysz!.
Trzecia z dziewczyn nawet nie zauważyła co sie stało. Siedziała na podłodze opierając głowę o kanapę, z nosem zaginionym w grubej książce o wyjątkowo nieciekawym tytule i dopiero brutalnie wepchnięty do jej ust kartonik uświadomił jej, że wcale nie znajduje sie w Afryce, nad nieodkrytym wcześniej źródłem krystalicznie czystej wódy. Wręcz przeciwnie. Znajdowała się w mieszkaniu Franki, swojej przyjaciółki, a Majka, druga poza właścicielką tego lokum osoba, która była w stanie znosić jej dziwne zachowania, wtykają jej do ust coś kolorowego, patrzyła na nią z wyraźnym wyczekiwaniem.
Rozanielona Franka przybiegła z powrotem ze swojej podróży życia i zmachana klapnęła obok Elizy z kartonikiem w ryju, dzierżąc w ręce kolejną butelkę. Eliza przekrzywiła głowę i zdziwiona rozglądała się po pokoju, w którym królowały teraz kolory których wcześniej nawet nie znała, a kaskady migających, tęczowych potoków spływały z parapetu na dywan, gdzie tworzyły barwny wir przemieszczający się w stronę obu dziewczyn. Dopijająca piwo w mgnieniu oka Frania, slalomem podeszła do skrzynki z alkoholem i się załamała. Popadła w depresję, gdyż rzeczona skrzynia była pusta! Ale jak na chytrą osobę przystało, miała następną w zanadrzu. Wtargała ją do pokoju na miejsce starej i szczęśliwa wróciła pod kanapę.
Majka była na tyle uodporniona na działanie LSD (a tatuś jej powtarzał: Wysokiej klasy diler nie powinien ćpać!), że musiała zaserwować sobie dwie porcje, zanim pod wpływem natchnienia przemierzyła mieszkanie z zamiarem założenia swoich oficerek, dzięki którym wyglądała jak UFO na ulicach Pcimia Głównego, i udania się w podróż na koniec świata.
- Drogie panie, idę szukać szczęścia na końcu świata! Kto ze mną? - zapytała z dość optymistycznym wyrazem twarzy jak na handlującego prochami mola książkowego, który nienawidzi ludzi.
- A jak myślisz towarzyszko niedoli? O ile myślisz.- Podparła się jedną ręką na biodrze a drugą o stół, z którego momentalnie odpadła noga, a biedulka jebła na ziemię przeklinając wszystkich.
- Ja mogę iść - szepnęła Eliza wpatrując się z podziwem w Majkę która wyglądała teraz jak magiczna wróżka mogąca spełnić każde życzenie.
- Ja też!- Franciszka wstała z podłogi i zaczęła rozmasowywanie palców.- Kurwa... Głowa mnie boli.... i nie wiem czemu.- Skrzywiona mierzwiła włosy rękoma.
- To chodźmy... Tylko gdzie ja zaparkowałam jednorożca? Oto jest pytanie, które mnie nurtuje. - westchnęła głęboko „zaczarowana wróżka“ z dłonią na klamce od drzwi wyjściowych. W zadumie spojrzała na masującą sobie swoje tęczowe włosy Frankę.
- Po lewej...- Wyminęła ją w drzwiach- ...Mój pegaz zdechł i muszę wyruszyć na poszukiwania nowego.- Zaczęła rozpaczać na środku parkingu, którego w sumie nie było.
Skąd ona ma tęczową farbę? To było kolejne pytanie, które zaczęło nurtować czołowego dilera Pcimia.
- Ach, te jednorożce! Paliwo takie drogie, a te kucyki z chujem na czole się jeszcze same przeparkowują, rozpustniki jedne! Idźmy na piechotę. Gwiazdka mnie wkurwia. - zarządziła i pobiegła z szaleńczym wrzaskiem w stronę lotniska. Lotniska, którego nie było, rzecz jasna. Bo skąd w Pcimiu lotnisko? Więcej grzechów nie zdołała zapamiętać.
- Jednorożców nie powinno się ubezwłasnowolniać - Lizka zmarszczyła brwi i spojrzała na otwarte szeroko drzwi, za którymi zniknęły jej przyjaciółki - Musimy uwolnić jednorożca! - z tymi słowy zaczęła wdrapywać się na parapet.

Kilka wykurwiaszczych wizji później.

- Witamy w L.A Airport! - humanistyczny umysł Skalskiej przetworzył informację, którą usiłowała jej przekazać laska z przesłodzonym głosikiem i głupią czapką na głowie. Powitała ją na lotnisku. Tym lotnisku, którego nie ma w Pcimiu. Bo było w Los Angeles. Tak, to całkiem... Nie! To kurwa nie jest ani trochę logiczne, bo żeby dostać się na lotnisko w Los Angeles, najpierw musiały znaleźć jakieś w Pcimiu. Czyli jednak jest! Ale...
- Hey, ey, ey! Slow down, bitch! - wrzasnęła na stewardessę i tym samym obudziła nieogarniętą Lizkę i jeszcze bardziej nieogarniętą Frankę. - Że niby gdzie, kurwa, ty mnie witasz?!
- Peeegaz?- Rozmarzona Franka po przebudzeniu dostrzegła nutkę nadziei w stewardessie.
- Ale nie krzycz na tą panią, Majka! Jak ty się zachowujesz? - Eliza teatralnym gestem załamała ręce nad postawą przyjaciółki. Po chwili mruknęła pod nosem „Zdychaj, wytapetowana żmijo“ i dopiero potem ogarnęła, że znajduje się w kraju na zupełnie innym kontynencie. Majka ma przejebane...
- Czyli to nie Pegaz? Moje życie legło w gruzach!- Wybiegła z samolotu i jak zobaczyła obszerność tego pola bez nasion tylko z asfaltem, przeraziła się i stwierdziła, że od jutra nie pije.
- Nie krzycz, kurwa, nie krzycz! Pójdzie sobie człowiek do kina i gdzie się kurwa budzi? W jakimś Mieście kurwa Aniołów, ale nie, nie krzycz, bo kurwa oparcia obudzisz... - mamrotała pod nosem, poprawiając włosy i przeciskając się pomiędzy siedzeniami do wyjścia.
- Gdzież ja jestem? Gdzie.?! - Usiadła jak mała, zmarnowana dziewczynka na środku pasa startowego pomiędzy samolotami i spuściła głowę tak, że brązowe włosy zasłoniły całą jej twarz. Zaczęła przecierać oczy pełne łez i czekała na ratunek.
- Ale czy ktoś mi powie do cholery dlaczego jesteśmy w Ameryce? - zapytała retorycznie Krawiec wychodząc z samolotu i na schodkach potykając się o własne nogi, które jeszcze bardziej niż zwykle żyły własnym życiem. - Bo mnie coś chyba ominęło...
- Hmm... To było tak... - rozpoczęła swoją opowieść Majka, która to za jakieś kilka minut będzie miała bardziej przejebane, niż zwykle - Wzięłam jakieś podejrzanie mocne LSD, nafaszerowałam najpierw was, żeby sprawdzić, czy umrzecie, a jak przeżyłyście, to wzięłam podwójną dawkę. I poszłyśmy na koniec świata, a ty wyszłaś przez okno. Skąd ja miałam wiedzieć, że w Pcimiu jest lotnisko?! - załkała na końcu i usiadła obok załamanej Franki na gorącym asfalcie pokrywającym najbliższe kilkadziesiąt kilometrów.
- A niech mnie podwozie pierdolnie! Idę pić!- Franka wstała z ziemi i kierowała się do wyjścia.
- No to ruszać dupy i idziemy! Nie będziemy tu chyba siedzieć na lotnisku? I błagam, Franka nie pij już, bo wiesz ,że to niezdrowe! Ej, czekaj! Ja tu nie chce sama zostać!
- Ale ja chcę się napić!- Tupnęła nogą jak mała dziewczynka i zaczęła uciekać w stronę autostrady.
- No juz dobra, dobra... Możemy iść się napić, ale nie biegaj po ulicy, bo cię auto potrąci ... No jak z dziećmi ... Chodź Majka! Idziemy - Eliza pociągnęła koleżankę za rękę i ze swoją dwójką, która mentalnością przypominała dzieci, ruszyła w kierunku najbliższej knajpy (przynajmniej tak jej się wydawało). A że orientację w terenie miała gorszą nawet od imienia, to już po chwili przysiadła zrezygnowana na jakimś murku. - Trzeba było taksówkę wziąć...
- Jak ja ich kurwa nienawidzę. - mruknęła Majka... A nie chwila! Jesteśmy w "Kalafiornii" przecież!... Mruknęła May i niechętnie podreptała za dwójką szajbniętych towarzyszek w nadziei, że uda im się złapać taksówkę jadącą do Domu Spokojnych Przygłupów.
- Oj no nie leńcie się! Ja chcę się na - je - bać! Tak trudno zrozumieć?!- Zrezygnowana kontynuowała swój bieg rozpaczy w kierunku wyłaniających się z oddali budynków.
Lisa wzniosła oczy do nieba i już miała ruszyć za Frances kiedy na horyzoncie ukazała się mknąca niczym wiatr taksówka. Choć dziewczyna machała ręką, ta nawet nie zwolniła. Ostatnia szanse wykorzystała Lisa z dzikim krzykiem wskakując wprost przed rozpędzony pojazd, który z piskiem opon wyminął ją.Na szczęście,  będącej dalej May udało się zatrzymać pojazd.
- A ja mam ochotę kogoś za - je - bać. Kto się zgłasza na ochotnika? - syknęła, łapiąc Frankę za kaptur dokładnie w tej chwili, kiedy prawie rozjechała ją żółta taksówka. Uśmiechnęła się złowieszczo i nie zważając na to, że wóz jest już po części zapełniony, otworzyła drzwi i wrzuciła przyjaciółkę na tylne siedzenie. - Rozepchnij się łokciami, skarbie.
- Okeeej.- Z wyszczerzem zaczęła rozpierać skrzydła.- Wypad babcia, to nasza taksówka.- wyrzuciła starszą kobietę z auta, przy okazji kradnąc jej portfel (na wódkę rzecz jasna).
- No wiesz! Jej się mogło stać coś poważnego! Ja przepraszam za koleżankę... - Lisa nie zdołała się niestety wytłumaczyć, bo Fran zatkała jej usta ręką.
 Niestety taksówkarz nie okazał się entuzjastą okradania starszych pań, więc po prostu wyrzucił te trzy bezczelne dziewuchy przy najbliższej okazji, czyli pod jakąś speluną pełną miejscowych żuli.
- Super! Czy wy też czujecie się jak w domu?! - zawołała May, ruszając przed siebie. O tak, dzisiaj miała dobry dzień. Ale jutro będzie o wiele gorzej, uwierzcie. Chociaż... Nie, nie!
 "Gorzej" nadeszło właśnie teraz.
 W godzinie, gdy jakaś bezczelna miotła klepnęła ją w tyłek.
 W ostatniej godzinie tejże miotły.
- Ojaaa!- Podjarana Frances kręciła się po chodniku, czując się jak w niebie. Normalnie siódmy raj.
Podczas gdy Franka udała się na wycieczkę krajoznawczą, Lisa patrzyła to na rozentuzjazmowaną koleżankę, to na uśmiechniętą facjatę tuż przed nią i w końcu na wściekłą Skalską, która mieszała z błotem gościa o burzy ciemnych loków na głowie. Rey stanęła obok wściekłej May i całkiem poważnie spytała wyraźnie podpitym głosem, co wychwycili stojący obok chłopcy. - Nie mówiłaś, że przyjaźnisz się z...- w tym momencie dwoma palcami chwyciła za włosy Kudłatego z niemałym obrzydzeniem.- ...Mopem.
- Przyjaźnisz?! Nie pij już więcej. - burknęła i na odchodne trzepnęła gościa w pysk, co zaowocowało głośnym plaskiem słyszanym na całą dzielnicę.
- A ja jestem Steven! - rzucił wesoły blondyn bardziej do przerażonej całym zamieszaniem Lisy, niż do pozostałych dziewczyn.
- Biedna szczotka do kibla.... Po buźce dostała?- Spojrzała z pijanym politowaniem na Lokatego i pomknęła za przyjaciółkami wgłąb klubu.
***
No! Oto i takie tam sobie CuŚ, które powstało w sumie niechcący, gdyż Puszak zorganizował "ważną konferencję", która dotyczyła "niewiadomoczego", bo Puszak zdolnym człowiekiem jest i zebrał nas, by oświadczyć nam, że w sumie nie wiem, po co nas zebrał.
Mam nadzieję, że się nie podobało, bo jeśli było inaczej, to koniecznie musicie się przebadać i nie ma zmiłuj!
To tyle od Littledewilli :)
Jeśli Lizelotta, albo inna Perfumella będą chciały coś dodać, to NA BANK to zrobią.
Ave Agrest!

Ty tam wyżej.! Nie obrażaj mnie.1 Ja miałam ściśle określony plan nie wiadomo czego -,-"
A no bo ten tego... No bo to jest taaak, że jakby kto miał wątpliwości co do naszego zdrowia psychicznego to.... To tylko wątpliwości.! My całkiem zdrowe (chyba) No, ale  " co zuego to nie ja.! nie bić mnie". Puszak dodać musiał, bo inaczej Puszak by był smuuutnym Puszakiem ];< Gud baj... sratataj lewe gwoździe.!
...
Lise.?


*
Oto i ja. "Ja" o imieniu, którego w tych kręgach się nie używa, ale możecie to "Ja" nazywać Lise, zezwalam. Znajcie łaskę. ;D No więc oto my w nowym, trzymającym w napięciu jak pusty kubek po jogurcie, genialnym jak tresowany szczur i zabawnym jak masło orzechowe opowiadaniu. -.- Bez obrazy dla koleżanek powyżej ;D (Taaa jasne, i tak wiedzą, że właśnie CHCIAŁAM je obrazić :P) Okej, mam dzisiaj zły dzień, więc może powinnam pisać ten tekst jutro, ale ponieważ piszę go dziś, wyszło jak wyszło. Uwaga, bo chyba zaczynam niebezpiecznie przedłużać, cholera jasna! Ograniczać się muszę jakoś. Ale nie dziś. Chuj. Albo dobra, zmieniłam zdanie. Już kończę (jeszcze tylko parę zdań xD). Jeśli ktoś to czyta i mu się podoba, to gratuluję i popieram pomysł na przeprowadzenie szczegółowych badań, szczególnie USG czaszki, w celu potwierdzenia obecności mózgu. Bo to wątpliwe... Dobra więcej nie piszę, bo zaraz kogoś poobrażam i będzie. Mi tam się średnio podoba, wydaje mi się, że musimy jakoś lepiej to zorganizować, bo miejscami sama nie ogarniam akcji (Nie żeby to było dziwne, że JA NIE OGARNIAM, to CAŁKIEM NORMALNE... -.-) Cholera! Koniec. Jestem miła -.-
Komentujcie.
Lise-Lotte